W nocy rodzą się w głowie dziwne pomysły. Jedne do zrealizowania od razu, inne wymagające zaplanowania i przygotowania się do nich. Łączy je lekka absencja zdrowego rozsądku koegzystująca z procentami na biurku. Ostatecznym wynikiem są albo durne powiedzenia, które głupio wygłosić na głos bo ludzie wezmą Cię za ograniczonego idiotą. Kurwa, to nie jest mój dobry okres, z jakiegoś dziwnego powodu koordynacja oko ręka szwankuje na całej linii a umysłowe upośledzenie daje o sobie znać po raz pierwszy w historii. Pisząc to rozlałem piwo po całym biurku i cudem nie zalałem klawiatury i monitora, można mi pogratulować. Z tej okazji (każda okazja wszak jest dobra) zapalę zaraz modląc się, żeby nie wylecieć przez okno. Bo szanse jakieś mam. Tak samo jak miałem jakieś szanse (aach, wykorzystałem je bezwzględnie) na stłuczkę po burzy. Również jakieś szanse zawsze mam, że obleję gościa piwemw restauracji - done. No to ciekawe co jeszcze mogę spaprać w najbliższym czasie, pole do popisu mam spore. Najbezpieczniej byłoby schować się w kącie i przeczekać miesiąc, mając nadzieję, że zagrożenie minęło.
Ale nie ma co gdybać, bo jest co robić.
Wish me luck
miałeś wrażenie że odkleja się kawałek Ciebie i zapada gdzieś w centrum jestestwa niemalże znikając ze znanego Ci świata? A zaraz potem kolejny kawałek, przykleja się do pierwszego tworząc mały świat, chwilowo dwubytowy? By zaraz okazać się skupiskiem trzech.., nie czterech, zaraz.. pięciu i... o kurwa, powiększa się ich liczba a połączone tylko maleją tworząc jedno zajebiście, ale to zajebiście skoncentrowany i naładowany fragment Twojego osobistego i prywatnego wszechświata? Napięty bardziej niż struna za którą pudzian ciągnie traktor(oczywiście dofinansowany z unii)? Dotykasz i.. nie nie, boisz się go dotknąć, choć ciekawość Cię do tego popycha - natura ludzka skonstruowana tak, że choć ząb boli to i tak go językiem trącasz, a nuż przestało? Nie, przecież nie przestało, wiesz to, ale chcesz poczuć ten ból, w przerażający sposób ten mały swędzący i pieczący ból Cię fascynuje. I chcesz jeszcze, jeszcze aż ząb wypada. Czy smakuje Ci Twoja krew? Oczywiście nie do stopnia żeby się ciąć i ją pić, ale przyjmujesz ją z zadowoleniem, prawda? Ale tego małego świata boisz się dotknąć. Bo wybuchnie i to nie będzie ból znany z przygód tysiąca żyletek w krainie wanny, tylko po uprzedniej implozji rozpierdoli Cię jądrowa eksplozja która pośle kawałeczki Twojej świadomości w każdy zakątek Ziemi, żeby żadnemu skurwysynowi nie przyszło do głowy pozbierać ich i skleić w jedną całość. Bo choć wszystko pozornie pasuje, ba pasuje idealnie to brakuje czegoś - brakuje 21 g. I już.
A przyczyna przecież jest tak prozaiczna że słów brakuje na odpowiedzenie - czemu? Bo siedzisz taki umaczany i zastanawiasz się czy przeszłość skazuje Cię na wolniejszy start, czy to Twoja wina, czy to czyjakolwiek wina? Jasne, że nie. Bo za szybko wystartowałeś, choć falstartu nikt nie odgwizdał. Dali Ci fory na początek, ale czujesz, że coś jest nie tak, wypadasz z rytmu, nogi się plączą jakby odmawiały posłuszeństwa a Twoim jedynym marzeniem jest dobiec do mety, która się oddala. Nie masz skojarzenia z marchewką na kiju? To Cię zgubi? A może zmotywuje do szybszego biegu i powiększania dystansu. Tylko czy marchewka się zatrzyma, żebyś mógł ją w końcu dopaść i do końca wiedzieć, że ją masz? Że nie po to ją doganiasz, żeby zaraz oddaliła się znowu szyderczo podskakując na sznurku łączącym ją z kijkiem? Sam nie wiesz. I przypominasz sobie każdego papierosa zapalonego w życiu i myślisz, że to Twoja wina, że te pieprzone pięć minut by Cię zbawiło bo już sił nie starcza. Zatrzymujesz się, wyciągasz starego, dobrego przyjaciela zachęcająco uśmiechającego się do Ciebie przez kłęby dymu. Skwiercząc szepcze: "mówiłem że to bez sensu, teraz się o tym przekonałeś. Wracajmy już". Ale nie chcesz wracać, bo to czego pragniesz wciąż znajduje się na widnokręgu, tyle że za największym i najstraszniejszym murem jaki kiedykolwiek udało Ci się zobaczyć. Czujesz przed nim strach który przedziera się przez barierę świadomości i dociera do samego jądra człowieczeństwa zmuszając Cię do klęku. Wiesz, że to są symptomy snu i że nic nie może dziać się naprawdę, nie możesz tak się tego bać. Zwykły mur, nic więcej. Ale mimo szczypania i bicia się po twarzy nie budzisz się - już wiesz,że nie załatwisz tego w najprostszy sposób, bo nie obuszisz się. I masz dwie opcje. Wracasz ze znajomym, zmęczony ale cały. Albo przeskakujesz mur i próbujesz znaleźć nowy świat, nowy dom, nowych znajomych, a to wszystko bo... Bo czujesz, że nie możesz już inaczej postąpić.
"Wish somebody would tell me I'm fine
Nothing's alright"
.
przyziemność problemów. Chociaż nie, to nie problemy są przyziemne a raczej ich początek.
Gdyby ktoś mi powiedział co będę robił i jak będę żył teraz - wyśmiałbym go na wstępie, jak zresztą zrobiłby każdy chyba z nas.
Gdybym wiedział przed jakimi wyborami będę stał chyba z miejsca popełniłbym jakąś głupotę, której skutki byłyby chyba nieco gorsze niż obtarcia czy też zmuszenie żołądka do wykonania skończonej ilości ruchów perystaltycznych wstecznych. No tak w wielkim skrócie to nie jest malinowo i aż człowiek się zastanawia co tam nabroił w swojej karmie że są chwile kiedy wydaje się, że w ostatnim wcieleniu dokonało się ludobójstwa na globalną skalę.
Oczywiście skutkuje to dopływem różnych fajnych chemikaliów produkowanych przez organizm funkcjonujący w podwyższonym stresie co jest zjawiskiem pozytywnym bo jest energia żeby działać, ale co za dużo to niezdrowo i nawet naturalne red bulle nie są w stanie przywrócić umysłu do stanu politycznej poprawności i ogólnie pozytywnego odbioru sygnału z gałek ocznych.
ale zawsze język polski staje naprzeciw tego typu problemów i dostarcza możliwości użycia skończonej liczby wyrazów zaczynających się na "k" regulujących poziom stresu i frustracji. Niniejszym:
urwał. urwał urwał urwał urwał urwał.